Pojawia się nagle, nie wiadomo skąd. Na drodze, w polu. Nim ktokolwiek zdąży przyjrzeć mu się dokładniej, znika w leśnym gąszczu lub za horyzontem. Zawsze zostawia po sobie niedowierzanie, czy to, co się widziało, było prawdą? W końcu człowieka ciągniętego w psim zaprzęgu spotkać można na Alasce, a nie na Pomorzu...
Nazywa się Igor Tracz. Mieszka w Łęgowie pod Gdańskiem i jest najlepszym w kraju zawodnikiem w powożeniu zaprzęgiem. Trzykrotnie zdobył tytuł mistrza Polski, tyle samo razy zostawał nim w Europie. Pomniejszych zwycięstw na rozmaitych zawodach nawet nie liczy. Teraz, jako nasz pierwszy oficjalny reprezentant, wybrał się na mistrzostwa świata do Kanady.
Start za oceanem jest dla Tracza zwieńczeniem kariery, skądinąd wcale niedługiej.
- Powożenie zacząłem uprawiać osiem lat temu - opowiada.
- Trochę przez przypadek, choć zawsze ciągnęło mnie do sportów ekstremalnych. Zaliczyłem przygodę z nurkowaniem, wspinaczką, kolarstwem górskim. Kiedy jednak poznałem środowisko psiarzy, rzuciłem wszystko dla powożenia.
Doznania, z jakimi ma do czynienia, stając na saniach czy wózku, trudno znaleźć w innych dyscyplinach. Tutaj liczą się przecież nie tylko własne umiejętności, lecz także kontakt ze zwierzętami i umiejętność zapanowania nad nimi. Oraz dbałość o podopiecznych. W tym Traczowi pomaga narzeczona.
- Bez Agnieszki nie miałbym nawet co marzyć o wyścigach - przyznaje sportowiec. - Ona dba o psy od strony weterynaryjnej, a także odpowiednio je układa. Z kolei na mojej głowie są treningi i utrzymanie porządku.
Pracy przy zwierzętach jest dużo, bo do uprawiania sportu łęgowianin potrzebuje ich kilku. Początkującym zawodnikom wprawdzie wystarczy pies przywiązany do roweru lub nart, ale Tracz startuje w sprincie, gdzie potrzeba minimum czterech psów oraz "rezerwowych", na wypadek gdyby pozostałym coś się stało. Na szczęście, kadra jest odpowiednio duża. Na wyścigach mistrz pojawia się ze sprawdzonymi greysterami.
- Ludziom wydaje się, że do powożenia zaprzęgiem używa się wyłącznie psów w typie husky - opowiada. - Owszem, ta rasa jest dobra, ale nadaje się do pokonywania długich tras, ja natomiast startuję w wyścigach, gdzie liczy się czas. Do uprawiania tej konkurencji greystery po prostu są najlepsze.
Odmiana, o której mówi, to pochodząca z Norwegii mieszanka charta angielskiego (greyhounda) i wyżła niemieckiego (vorsthera). Często spotyka się też sztuki z domieszką pointera. Zaprzęgnięte do sań czy wózka potrafią osiągnąć prędkość 50 kilometrów na godzinę!
- Kiedy pędzę, nic nie jest w stanie mnie zatrzymać - mówi podekscytowany zawodnik.- Zdarza się, że przed zaprzęgiem wyskoczy zabłąkany kot czy pies, ale moje zwierzęta na to nie reagują. Wiedzą, że najważniejszy jest wyścig.
Do startów greystery przygotowane są na bieżąco. Tracz trenuje najczęściej w okolicach Pruszcza Gdańskiego i Łęgowa, ale chętnie wybiera się też do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, gdzie teren jest bardzo urozmaicony. Są łąki i pola, łagodne podjazdy i strome, niemal górskie, stoki. Nie ma tam za to zbyt wielu ludzi, a ci, których spotyka są przeważnie do niego przyjaźnie nastawieni.
- Otrzymuję wiele wyrazów sympatii i zrozumienia dla tego, co robię - przyznaje. - Jeżeli zdarzają się nieprzyjemne incydenty, to wyłącznie przez czyjąś niewiedzę.
Przyzwyczaił się do spotykających go złośliwości. Nie przejmuje się już mailami od pseudoanimalsów, na które nie ma sensu odpowiadać, czy okrzykami w rodzaju: "Sam się podepnij". Bywa jednak, że nieznajomość sportowych reguł prowadzi do sytuacji zabawnych, takich chociażby, jak ta z policjantami.
- Któregoś razu zatrzymał mnie patrol - opowiada. - Chcieli, żebym lepiej pilnował psów. Powiedziałem im, że trzymam je na smyczy, a kagańców nie założę, bo to... wbrew przepisom. Policjantom trudno, było pojąć, że psy trenujące w kagańcach w zasadzie nie miałyby jak oddychać!
Wyjazd Igora Tracza na mistrzostwa świata daje szansę, że zwiększy się popularność dyscypliny, którą uprawia, choć i teraz ma się ona wcale nie najgorzej.
- W Polsce powożeniem psim zaprzęgiem zajmuje się około czterysta osób zrzeszonych w klubach - szacuje nasz reprezentant. - Przypuszczam, że drugie tyle uprawia sport na własną rękę, a dla dwudziestu zawodników to zwyczajna profesja.
Tracz jest jednym z tej dwudziestki. Dostaje stypendium z Ministerstwa Sportu i Turystyki, ale to nie wystarcza. Konieczne jest szukanie sponsorów, albo szkolenie amatorów i wytwarzanie w niewielkiej liczbie sprzętu dla innych zawodników. Każdy grosz wydaje na pasję swoją i narzeczonej Agnieszki.
- Żeby uprawiać powożenie zaprzęgami na takim poziomie, na jakim ja to robię, co miesiąc potrzeba równowartości około czterech tysięcy złotych - wylicza sportowiec. - Potrzebne są: sprzęt, karma, odżywki i lekarstwa dla zwierząt, no i paliwo do transportu na zawody. Średnio jest to dwanaście imprez w roku.
Tym, co cieszy, jest postępująca profesjonalizacja. Na powożących coraz rzadziej patrzy się jak na dziwaków. Istnieje już Polski Związek Sportu Psich Zaprzęgów, a w programie olimpiady w Vancouver w 2010 roku powożenie umieszczone zostało jako dyscyplina pokazowa.
Przed wyjazdem na mistrzostwa świata Igora Tracza wsparły władze Pruszcza Gdańskiego. Samorząd sfinansował transport psów.
- Pomaganie tej klasy zawodnikowi to znakomity sposób nie tylko na promocję miasta, ale też na popularyzację powożenia zaprzęgami jako dyscypliny godnej rozwoju - uważa Ryszard Świlski, zastępca burmistrza Pruszcza Gdańskiego. - Mamy nadzieję, że uda się zainteresować nią pruszczańskie dzieciaki.
O współpracy w tym kierunku z optymizmem wyraża się również Igor Tracz. Jest niezmiernie wdzięczny miejscowym władzom za okazany gest, tym bardziej, że wcześniej prośby o wsparcie wystosował do włodarzy Gdańska.
- Ponieważ urodziłem się i wiele lat mieszkałem w Gdańsku, miałem nadzieję, że miasto pomoże mi w wyjeździe do Kanady. Niestety, tak się nie stało. Skończyło się na liście, w którym stwierdzono, że Gdańsk jest ze mnie dumny. To stanowczo za mało, żeby pokryć koszt startu w mistrzostwach świata...
Zawody w kanadyjskim Daquaam trwać będą trzy dni, od 23 do 25 stycznia. Igor Tracz zmierzy się z rywalami w trzech ośmiokilometrowych wyścigach na czas w obsadzie z czterema psami. W walce o medale pomagać mu będą: Barbie, Nela, Fergie i, jako jedyny samiec, Ozzie. Zagadką pozostaje jak zniosą podróż i zaaklimatyzują się w Ameryce.
- Najbardziej obawiam się mrozów - przyznaje sportowiec. - W Kanadzie temperatura sięgać może nawet minus trzydziestu stopni, ale mam nadzieję, że damy radę. Ostatnio mieliśmy przecież u nas dwudziestostopniowe mrozy i psy radziły sobie świetnie.
Jak greystery spisały się na mistrzostwach świata napiszemy w "Echu Pruszcza" już za tydzień. Teraz wszystko jest już w ich rękach, przepraszam - łapach.